daj znać

2009
marzec
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
maj
luty
styczeń
2007
grudzień
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
listopad
październik
sierpień
maj
kwiecień
styczeń
2005
październik
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
2004
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2001
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
Wyzwól się

Grad mnie wyłoił, słońce wygrzało. Niosłem przedmieściem nasienie w kopercie z bąbelkami, uśmiechając się na ulicy mówiłem po cichu „dobre geny, dobre geny”, a ludzie odpowiadali „dobry den, dobry den”. Myli w kałużach kółka od wózków z zakupami. Nic nie rozumieją. Widziałem interesującą szóstkę na szyldzie, pod napisem „CZARNA ZIEMIA”. I okno do katalogu zabitych okien. Cyfrę odpowiednią do zbioru wcieleń. Coś musi przynajmniej część cyfr i liczb reprezentować, uziemiać idee. Później uzgodniłem ze sprzedawcą owoców i warzyw, że małosolne zostawimy jeszcze bogatym, niech jedzą w bolidach i niech im chemia lekką będzie. Na progu sklepu z tanią odzieżą stało otyłe dziecko w różowym kombinezonie. Powiedziałem mu: wyzwól się.



gzyra 2009-03-27
skomentuj (2)
dzianie antropocentryczne

Człowiek wypalił połowę papierosa, a drugą wyrzucił podbiegając do autobusu. Z żalem, bez żalu? Nie wiem. Dymiący rulonik turlał się szybko, popychany wiatrem. Wyglądał komicznie i dramatycznie zarazem, kiedy podrygiwał na nierównej betonowej powierzchni zatoczki przystanku. Naprawdę przez chwilę mu współczułem, przypominał porzuconego psa goniącego z zapałem samochód swojego zdrajcy, jeszcze wciąż w momencie niepewności (ale już na jego skraju), czy to nie przypadkiem jakaś nowa zabawa.

Wszędzie na świecie rzeczy się poruszają - od wiatru, posłuszne prawu ciążenia, popychane przez inne przedmioty, trącane przez zwierzęta. Zestawienie z człowiekiem dodaje im dodatkowy wymiar i nie wiem, czy je wzbogaca, czy ogałaca ze statusu niewinnej materii. Człowiek nadaje im dzieje, dosłownie dzieje je, umieszcza je w czasie i logice. Interpretuje i nad-interpretuje je, z premedytacją i twórczo je myli, przechowuje je zdeformowane w świadomości, jako ślady, powidoki, znaki. Z wielu lepi jeden, a jeden mnoży w wariacjach. Już nie są tym, czym mogłyby być niedostrzeżone, wolne od refleksji, równoprawne, samowystarczalne. Tracą prostotę mechanicznego, prostego bytu. Nie tylko są, ale są pomyślane. Niedopałek staje się psem i ożywia w nas empatię, równa powierzchnia śniegu przedziurawiona wyplutą gumą do żucia staje się dziurawym serem, pasek od torebki przewieszonej przez ramię odzianej w sztuczne futro kobiety jest wężem sunącym w trawie.

Człowiek jest także twórcą nowych rzeczy, ale to ma mniejsze znaczenie. Zamysł, projekt, funkcja, to tylko odrębna klasa czynników kształtujących formę, tak jak czynnikiem jest skład chemiczny. Świadomość kształtuje dzieła sztuki, urządzenia, arcydzieła ergonomii, bezmyślne procesy kształtują materię we wszystkich skalach. To one tworzą również świadomość, która jest tylko medium, wyrafinowanym ruchem kalejdoskopu.



gzyra 2009-01-14
skomentuj (0)
wonie i poglądy

Moje gazy jelitowe śmierdziały dziś jak kloszard, ta rodzina zapachów, inaczej niż zwykle. Ciekawe, że smakuję i trawię tak szlachetne ingrediencje, tyle wyszukanego jest na wejściu, a na koniec jest tak pospolicie. Nie wiem czy dobrze mówię, że pospolicie, w końcu woń kloszarda jest jednak elitarna. Powinienem powiedzieć: tak naturalnie. W przeciwieństwie do: tak kulturalnie na wejściu. Czekolada aromatyzowana liściem tytoniu, całe 70 proc. kakao dojrzewającego z tytoniem odmiany Kentucky pod pachą, a do tego posmak goryczy spotkania z poglądami Señora C na temat groteskowych mechanizmów ewolucji, niezdolnych rzekomo do stworzenia wysublimowanej (w człowieku) złożoności. Oczywiście w ogóle nie chodzi mi o rozczarowanie wobec Señora C jako takiego, ducha z „Zapisków ze złego roku”, tylko o zgrozę, że to pogląd alter ego Coetzee’go. Czyżbym zamierzał znów analizować czyje poglądy w jego książkach są rzeczywiście jego, a może w której matrioszce Coetzee jest rzeczywisty? Wszyscy to robią, więc może jednak nie ominęła mnie radość przynależenia do tłumu i zadomowienia się w nim? Radość? Już sam posmak ewentualności, że Coetzee może być ślepy na elegancję teorii ewolucji jest gorzki. Na szczęście wciąż tyle tylko, żeby być smaczny, ale raczej w większym zestawie, np. z razowym pietruszkowym spaghetti z zielonym pesto i lekko podsmażonym marynowanym tofu, z drapaniem w gardle od kieliszka gęstego porto (20 proc.)...

Señor C też jadł tofu, ale jako tarteletkę (nie, nie próbowalem), do tego dynia, a nie przepiórka (powtarzam: nie przepiórka), bo tę jedli makler z filipińską maszynistką, ba! - muzą. Jako dystyngowany starszy dżentelmen z pewnością nie mógłby publicznie zwierzać się z własnych woni, choć bez wątpienia je miewał i rozpoznawał. Wsiąkały w marynarkę z tweedu, która okropnie cuchnęła, trochę jakby zleżałymi skórkami cytrynowymi.



gzyra 2009-01-02
skomentuj (2)
tubista

Co za niesmaczna nieporadność tubisty w partiach solo na „The Believer” Coltrane’a z 1958 roku. Nie mogę znieść nieporadności w otoczeniu Trane’a i jedyne, co ratuje sytuację, to że to niezgrabne i drętwe buczenie przeszkadza tylko na dwóch bonusowych kawałkach zagranych w innym, zdecydowanie drugo-garniturowym składzie. Sprawdziłem, tubista miał 18 lat, kiedy sadził swoje przewidywalne i wymęczone pasaże, zmagając się w nierównej walce z fizycznością instrumentu. Heroina? Wciągał zamiast dmuchał? Podśmiewali się z niego, sikając do pisuarów w przerwie nagrania? A może Trane zrobił grzeczność, że zagrał z tymi właśnie kolegami i nikt poza nim nic nie słyszał?

Nie słyszałem u Coltrane’a, żeby w grze brały udział na pierwszym planie płuca, żeby one cokolwiek dyktowały. Nie było nadwyrężania materii, do końca, nawet wtedy, kiedy mistrz zerwał się z uwięzi. Nie było hutniczego dmuchania, od którego wychodzą gały, jak u Sandersa z tamtych lat. I słuchając nie czuje się opornej mechaniki instrumentu, rury, ciśnień, walki. Wszystko dzieje się w dziedzinie muzyki, dźwięku. To jest walka z muzyką, o muzykę, nie z narzędziem, a za pomocą narzędzia złożonego z człowieka i instrumentu. W ich splocie, które przewyższają prostą sumę składników. O niemal niematerialne tak zwane niebo.

Tubista podobno później się wyrobił, a zabił go młody złodziej, zapewnie nie wirtuoz. Być może okaleczył nie tylko tubistę, a i szlachetną sztukę zabijania, stając się obiektem szyderstw nad innym rzędem pisuarów.



gzyra 2008-12-14
skomentuj (1)
ptasie radio

Na parkingu przy bibliotece w La Fenica przepisywałem, siedząc w starym żółtym Citroenie, haiku Grochowiaka. Wybrałem kilka z niewielu. Bardzo głośno śpiewały ptaki i to takie, których się na co dzień nie spotyka w tych okolicach. Nie wiem jakie ptaki śpiewały, ale nie pospolite, nie te, których się nie słyszy, bo są często słyszalne. Śpiewały podejrzanie regularnie. Przepisywałem linijki haiku, żeby do nich wrócić później, zuchwale. Z nie do końca uzasadnioną pewnością później.

W końcu zacząłem szukać wzrokiem tych zbyt regularnych ptaków, zmysłem pomocniczym. Zadarłem głowę, żeby nie mieć tych oczu kobiety na klęczkach, z dolnymi białymi półkulami, żeby nie witać ich ulegle, nawet, jeśli uległość jest rozkoszna i naturalna. Chciałem je po prostu zobaczyć zwykłym patrzeniem, które stwierdza obecność lub nieobecność. Nie było ich, prawdopodobnie nigdy ich tam nie było. Głosy pochodziły z urządzenia na dachu, miały odstraszać jakąś niezwykle ważną antenę, której nie wolno dziobać i kalać odchodami. Ptasie radio. Nie czułem się rozczarowany, bo też wcześniej nie czułem się bardzo podekscytowany, raczej lekko zaciekawiony.

Dokończyłem bez większego pośpiechu przepisywanie haiku Grochowiaka. Właściwie bazgranie. Wiem dokładnie, bo zawsze mimowolnie oceniam sposób, w jaki piszę, stawiam i przewracam litery w danej chwili. Kończyłem, podobnie jak zaczynałem, w ciągłym strachu, że upapram sobie palce niebieskim tuszem, bo go było pełno w skuwce. Palce miałem już upaprane na czarno trzewiami Citroena. Pomyślałem nawet, że jak będę oddawał książkę do biblioteki, mógłbym udawać kogoś, kto ciężko pracuje w warsztacie, fabryce, w przemyśle ciężkim. Człowieka takiej pracy mógłbym odstawić. Na potrzeby widza bibliotecznego. I mógłbym być wzięty za, ale to gdybym się upaprał i tuszem, pisarza amatora, pracującego w warsztacie lub fabryce. Czyli podwójnie pracującego w przemyśle ciężkim, jedynym godnym pochwały. Wytarłem skuwkę chusteczką higieniczną, wciskając ją jak najgłębiej i kręcąc. Jak wiadomo, stworzyło się coś, co już się wiele razy stwarzało przy różnych okazjach, taki kolorowy knot. To się tworzy, tylko że ciemno czerwone, kiedy wciśnie się tampon z chusteczki do nosa, w danej chwili kiedy krew leci, a nie powinna. Takie sytuacje się zdarzały.

Łatwo się mówi: w danej chwili, ale z wszelką teleologią to już dawno w separacji jestem, podobnie jak z wiarą, że coś można wyżebrać i zyskać. Nikt tu nic w żadnym celu nie daje i nikt nie bierze, a okupuje. Raz po drakońskich cenach, a raz prawie gratisem, to inna sprawa. Za Haiku też zapłaciłem, bliżej nieokreśloną przemianą szarej materii, przemysłem ciężkim, kiedy musiałem czytać poprzez coś przezroczystego, co mnie skutecznie oddzielało i z rzadka dopuszczało.

Kiedy stamtąd odjeżdżałem, głośno komentowałem do siebie w trzeciej osobie liczby pojedynczej rodzaju męskiego: on wyjeżdża, on wykręca, prowadzi. Ma prawo jazdy od 20 lat. Włącza się do ruchu z drogi podporządkowanej. Mówiłem chyba dlatego, że to było trochę niewiarygodne. Albo dlatego, że kiedy mówiłem, stawało się niewiarygodne to, co robię. To dziwne, bo wiary godne jest to, czego nie ma. Później przestałem mówić w odruchu bhp, żeby się podporządkować jeździe jako takiej. Zakaz rozmów z kierowcą w trakcie jazdy. Jechałem wzdłuż torów, jak zwykle z satysfakcją dając się swobodnie wyprzedzać, kwitując podziękowania. Słuchałem człowieczego radia, o bombach w Bombaju, o tłoku w kostnicach.

La Fenica. Miejsce, gdzie sporo się udaje. Groźne ptaki, robotników. Te oczy kobiet z białkami na dole też były tylko zrzutem ekranu w recenzji jakiejś gry komputerowej, gdzie kobietami się zdalnie steruje. Były tak samo prawdziwe, skutecznie i niebezpieczne, jak pętle głosów wirtualnych drapieżników.



gzyra 2008-12-04
skomentuj (0)
rozkłady

Na podmiejski autobus czekałem długo i spokojnie, na stojąco, wygrzewając policzek w jesiennym słońcu. Nie długo i ciężko, jak w śmiertelnej chorobie, ale też nie bardzo lekko i naturalnie, jak w dworcowej poczekalni, na stacji PKP. Było znośnie, jeśli chodzi o byt, ni mniej ni więcej. Autobus jechał sobie slalomem pomiędzy terminami rozkładu jazdy, powodując grupowe czekanie narodu, uformowane w bobki rozłożone wzdłuż trasy. I ja zawarty byłem w takim bobku, nie lepszym i nie gorszym niż poprzednie i następne. Wydaje mi się, że nikt nie zauważył, że nasz bobek kryje mnie, właśnie mnie. Było w nim odruchowe i zwyczajne przyglądanie się, zachodziły wymiany uwag, gdzieniegdzie pojawiały się standardowe oznaki zniecierpliwienia. Śmieszne swoją zurzędniczałą i nieżyciową precyzją godziny dojazdów do przystanków, poukładane na dodatek na rozkładzie w równe rządki, były potrzebne tylko jako mama spóźnień. La Fenica - miasteczko z ciasną biblioteką, ze sklepem pachnącym ciepłymi bułkami, z targowiskiem kwiatów, plastikowych donic i używanych ubrań, i z tysiącami domów, ludzi, brudnych psów, metrów kwadratowych, sześciennych, kilogramów, ton brzydoty, w których można znaleźć różne cudowności, ale trzeba okiwać odrazę.

Ludzie wychodzili z targu, każdy z dwiema wielkimi białymi foliowymi torbami, po jednej na rękę. Nieśli nagrobne kwiaty. Te torby były trochę jak odwłoki opitych kleszczy. Później rozłaziły się po okolicy, a kiedy były już daleko, przypominały ugotowane ziarenka kuskusu niesione przez mrówki. Dwie kobiety, dzieło tego samego rzemieślnika, strzygącego od karku krótko, a resztę w zwartą formę, przywitały się ciepło i zażyle. Jedna powiedziała do drugiej ty stara małpo, aż uśmiechnął się szeroko ich towarzysz. Może z nutką zazdrości, że tak swobodnie można się przyjaźnić i tyle jest miejsca w cudzysłowie. Nie to co w łykowatej przyjaźni mężczyzn, gdzie nikt nikogo czule nie nazwie gorylem.

Ucieszyłem się, że tak pasuję do tego miejsca, kiedy ktoś zapytał mnie o godzinę. Pochlebiało mi, że byłem obiektem, z którym wiązano jakieś nadzieje. Pytającym był niski mężczyzna, szeroki jak ruski Ził. Ja nie wiem jaka fabryka mu szyła spodnie i nie wiem na ile poprawnie odpowiedziałem zapytany. Nie chodzi o poślizg w godzinach, a raczej o zwykłość wymowy gestu, o prawidłowość gwary, o tę ni mniej ni więcej podmiejskość. Prawdę mówiąc, czułem się głupio sięgając po zegarek do kieszeni, wyjmując telefon, zamiast wyprostowując rękę sprawić, że wysunie się teleskopowo z rękawa i odsłoni okrągły cyferblat. Wiedziałem i wiem, że mogę tylko udawać, w większości przypadków tylko naśladować i przeważnie nie być na miejscu.

Następnego dnia w wielkim mieście to ja niosłem dużą białą foliową torbę, a w niej makaronową dynię i słodko pachnącą białą główkę kwiatu gardenii. Śmiałem się do siebie i robiło mi się tak cudownie ciepło, kiedy słuchałem szeptu islandzkich dziewczyn. One zawsze szepczą, a najpiękniej po angielsku, islangielsku. Ciepłe pomiędzy lodowcami, odległe o tysiące kilometrów od wszystkich znanych mi rozkładów jazdy.



gzyra 2008-11-03
skomentuj (0)
Nina, Joanna, Robert

Miałem ciarki, bo uwielbiam głos Niny Simone. I jak myślę Nina Simone, to widzę cały ciąg zdarzeń, obrazów i postaci. Przypomina mi się zdziwienie, że bardziej można uwielbiać Ellę Fitzgerald i przekonanie, że nie ma za co. I zaraz potem pojawia się Asia, Joanna. Joanno, gdzie jesteś? Tkwisz wciąż w atrakcyjnie opakowanych buddyjskich złudzeniach? Joanna, dziewczyna zapytana o to, która muzyka poruszą ją najbardziej, odpowiedziała podobno: Bitches Brew. Guru Kocjan mlasnął z zadowolenia, a Joanna poszybowała raptownie w górę w rankingu. Była jedyną dziewczyną, która rozmawiając w kucki z siedzącymi na ławce chłopakami zrobiła nagle przewrót do tyłu i wróciła z lekkim uśmiechem do stanu poprzedniego. Potwierdzała tylko w ten sposób swój status niezwykły, bo kobiet, które swobodnie się czują we własnym ciele jest niewiele. Działo się to wszystko, a może nie wszystko, ale dużo, w zabytkowym budynku starej mennicy. Nie wiadomo jak Guru Kocjan zdobył tam pracownię, wiadomo, że pasował do tego miejsca idealnie. Przez wielkie okna można było wyjść na dach, z których widać było archeologicznie rozkopane dawne piwnice winne, należące do pobliskiej fabryki trunków. Po dachu chodziła brzemienna kotka, której piersi przypominały oczy. Była czarna, wokół sutków miała jasne aureolki. Ja jedyny miałem na tyle dużo cierpliwości, aby sprawić, że podeszła aż do dłoni z kawałkiem jedzenia.

W pracowni zbierało się środowisko. Czasem było gęsto, a kiedy Guru Kocjan szedł pomiędzy nami, odsuwaliśmy się. Nie sposób było kwestionować trajektorii, mogliśmy się tylko domyślać jej sensu. Nigdy nie było wiadomo do końca, po czym Kocjan idzie. Po czym w krwioobiegu, nie podeszwami. Pamiętam, graliśmy w kanciapie przesłoniętej grubą kotarą, Guru zasiadł za bębnami. Bębnił nierówno, ale zagrywkami najbardziej hippisowskich pałkerów świata, w uniesieniu kogoś, kto nie ma siły wznosić się ciałem, więc tym bardziej uwalnia resztę. I mi się raz udało zagrać jak Robert Fripp, jakbym utrafił w poprawną wymowę obcego języka, drugiego języka, którym zuchwale zaczynałem gaworzyć, omijając mozolną naukę pierwszego. Takie to było epizodyczne unisono z Robertem.

Stamtąd też uciekałem. Pamiętam, że nawet całkiem dramatycznie, wąskim torowiskiem pomiędzy dwoma tramwajami jadącymi w przeciwnych kierunkach, dzwoniącymi na alarm, żeby nie przyszło mi do głowy się zachwiać. Zawsze i zewsząd uciekałem. Wstydziłem się tańczyć. A jak już tańczyłem, to śpiewać. Kiedyś się zapomniałem, mamrocząc „Get up, stand up…” i wydaje mi się, że Joanna była na tyle blisko, żeby to usłyszeć. Nie, nie, nie byłem z Joanną blisko. Fikołek mnie nie przekonał, chociaż mgnienie spodni napiętych na pośladkach, szwu idącego pomiędzy wargami (trochę jak ja pomiędzy tramwajami), mam gdzieś z tyłu głowy do dziś, ale raczej w szufladzie „wyzwolenie”.

Na dodatek nie umiałem tak pięknie zawalać roboty, która się trafiała. Ach, siedzenie w mennicy w trzech przy wycinaniu nożyczkami foliowych liter na reklamy, ze ścinkami ścielącymi się po całej podłodze, jak przy łuskaniu fasoli. I w kółko Gong, Gong, Gong z przerwą na New York Gong. I na Can.



gzyra 2008-10-24
skomentuj (0)


+
rss2 .
1 .
2 .