gzyra blog

    Twój nowy blog

    Sąsiad powiedział, że mam ładne włosy i że mi
    zazdrości. Spotkaliśmy się na chodniku, ja do lasu, on z lasu. Ciągnęło nas w
    przeciwnym kierunku, czym innym nasyceni, inny mieliśmy niedosyt. Różne
    tęsknoty, czapy śniegu, kapcie. Przywitaliśmy się w drodze, minęliśmy się, ale zaraz
    odwróciliśmy się do siebie, bo nie całkiem nas ciągnęło na rozstanie, nie tylko
    nas rozciągało. Również nas przyciągało. Może przyciągało nas to, że jedne
    słowa chciały drugie, jak grzebień włosy, jak się chcą koła zębate, wątek i
    osnowa, kosmyki warkocza. W końcu nas zatrzymało i niepewnie zbliżyło na krok,
    z dystansem, taktownie, w zmaganiu. Chwialiśmy się pod naporem różnych sił na
    chodniku i w tym momencie, kiedy targani sprzecznymi ciągotami próbowaliśmy
    złapać równowagę, krótkim ciurkiem popłynęła życzliwa pogawędka.
    Krótkometrażowa, przelotna. Sąsiad niepokoił się, że chodzę bez czapki.
    Uspokoiłem, że wiem, na co mogę sobie pozwolić. Zbliżył się jeszcze o krok,
    lekko się pochylił, zniżył głos, co nas obu na chwilę ustatkowało, jego w
    wolniejszym mówieniu, mnie w głębszym słuchaniu. Widziałem na dworcu człowieka.
    Już miałem wsiadać, we Wrocławiu. Normalnie szedł, człowiek łysy był, nagle mu
    taka gula na głowie wyskoczyła. Sąsiad model zamarkował na swojej łysinie,
    zbliżając do niej dłoń jakby trzymała niewidoczną pomarańczę. Mróz był? No tak,
    mróz, karetka przyjechała. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem. No to mnie pan
    przestraszył, no pięknie, nie powiem. I wtedy już było wiadomo, że po tej
    dominancie nastąpi zaraz pożegnanie, bo niezaprzeczalnie daremna jest walka z
    tęsknotami, które mają certyfikat planów, czapy śniegu, kapcie. Po kroku do
    tyłu, po obrocie i w drogę przed siebie w dwie strony, do lasu, do domu. Znowu
    z nurtem i gładko w milczeniu. Do zobaczenia następnym razem. Rozeszliśmy się,
    o wielu rzeczach nie wspominając. Mogłem powiedzieć, że myję twarz wodą, żeby
    czuć zapach czystego ręcznika. On mógł dodać coś jeszcze o głowie. Obaj różni, jeden
    różny od drugiego, równouprawnieni, gdzieniegdzie wyjęci spod prawa. On do
    włosów, ja do twojej dłoni, której nie znajdę szukając swoją na samym końcu
    zdychania.

    trzy

    Brak komentarzy

    Dziewczyny, masują głosami, kocham je. Trzy. Nie ma wobec nich innego czasu niż teraźniejszy. Ale w końcu teraz umrą. Przestaną oddychać, uśmiechać się, kołysać. Nawet gdyby był sposób, żeby się z tym pogodzić, rozerwałbym go na strzępy, spalił, zmieszał z piaskiem i dobił, dobijał do końca sił. Siedziałbym nad jego trupem z nożem. Aż przestałbym oddychać, uśmiechać się, kołysać. Nie zgadzać.

    A jak zapytają czym witałem świt, to im powiem: żółtą konewką, ruskimi organkami i rumiankiem. Byłem sutkiem pod bielizną chmur. I wtedy mnie przepuszczą.

    Jestem
    otoczony przedmiotami, mam ich mnóstwo. Dużą część z pewnością zakwalifikowano
    by (wedle potocznych kryteriów) jako śmieci, ale co to za wyrocznia potoczność.
    Mam czułość wobec przedmiotów. Nie widzę nic złego w ich umiejętnym posiadaniu
    i celebrowaniu. Mam nawet wrażenie, że ich wybór jest częścią osobowości, a
    więc one same są jej częścią. To są elementy otoczenia, które do mnie pasują,
    czuję to pasowanie. Jeśli do siebie pasujemy, musimy mieć na styku (zmysłów i
    rzeczy) jakąś formę porozumienia, przystawania, odpowiedniości. To jest
    wybiórcze uczucie, osobniczy smak. Nie lubię słowa gust, jest trywialne.
    Puszczając oczko do Dawkinsa (i ignorując memetyczne socjotypy) mogę
    powiedzieć, że ja w przedmiotach jest osobowością rozszerzoną.

    Oczywiście na
    podobnej zasadzie jestem też w muzyce, która we mnie rezonuje bardziej niż
    inna, i w myślach zawartych w czyichś słowach, wypowiedzianych lub zapisanych.
    Nawet w intonacji tych myśli lub urodzie budowy zdania. Ten moment, kiedy akceptująco
    kiwam głową czytając lub słysząc coś, jest odnalezieniem części mnie w kimś,
    ponieważ wszyscy mamy wiele wspólnego. Wszyscy jesteśmy wobec czegoś i kogoś
    innego, budujemy tożsamość na porównaniach. Jesteśmy różni, czasem bywamy
    sprzeczni, a nawet wzajemnie niebezpieczni. Różni, bo inaczej potasowani, ale
    składamy się z tych samych elementów, w nieskończonej ilości kombinacji.
    Kiwnięcie głową oznacza konstatację podobieństwa. Czasem dzięki temu odkrywa
    się część siebie, nie mając wcześniej do niej dostępu. Dopasowywanie świata
    może być dwukierunkowe, można chodzić z własną kostką domina i szukać
    połączenia, można też obserwować wyciągnięte w swoim kierunku kostki innych
    (ożywionych lub nie) i odnajdywać w swoich zasobach odpowiedni element. Świat
    świadczy o nas, wywołuje w nas świadomość siebie, kształtu naszego profilu.
    Jesteśmy reakcją na świat, który współtworzymy.

    Wyrażać się
    poprzez to, co zewnętrzne, można również dzięki odwrotnemu mechanizmowi.
    Negacja przedmiotu czy myśli również nas określa. Każda negacja zawęża pulę
    zgody.

    A co to znaczy
    umiejętnie posiadać? Bede Griffiths powiedział kiedyś, że kiedy mnich nauczy
    się posiadać, wolno mu mieć wszystko. Pewnie chodziło mu o kwestie przywiązania
    lub jego braku. Przywiązanie jako takie nie musi być złe, może być realizacją
    wolności (np. wyboru) i dowodem na istnienie preferencji. Jego brak może być
    wolnością od wartościowania, a ta jest chyba koszmarem domina złożonego z
    samych mydeł. Koszmarem stanu wszystko jedno. Być może umiejętność posiadania
    zawarta jest w buforze refleksji, w uświadomieniu sobie związku w pełni (lub
    możliwie dotkliwie, wyraźnie). Przedmioty można posiadać dosłownie, mając je
    przy sobie, w swoim otoczeniu, pod ręką, w zasięgu wzroku lub mając je w
    pamięci, że gdzieś (nasze) są. Jednak posiadanie wiąże się z uświadomieniem
    sobie jakie są i kim jestem, że chcę je posiadać. Posiadanie jest świadomym
    związkiem.

    Czy tak, jak
    posiada się materialne rzeczy, można posiadać właściwości materii, takie jak
    słowa i myśli? Dopóki się od nich nie zdystansujemy, na pewno własne są te,
    które sami wypowiemy i pomyślimy, ale czy można mieć cudze? Z pewnością nie na
    wyłączność. Można przyjąć je jako swoje, kopiując je do własnej pamięci ze
    świadomością źródła. Odnajdując się w świecie.

    osobnicy

    Brak komentarzy

    Rozbiłem rodzinę
    rozpiętym mankietem rękawa. Nigdy później się nie pozbierała. Nawet jeśli
    trzymała się razem, to nie była spojona, jedynie naśladowała pierwotne
    spojenie. Odlana z plastiku udawała przeszłe więzy jak eksponat. Dwóch synów i
    dwóch ojców, upadli sprawiedliwie wszyscy, ale daleko od siebie. Osobno. Może
    to był błąd, że tak blisko się siebie trzymali, prowokacja siłą rzeczy
    definiująca kryteria oddalenia.

    Nie pamiętam
    po co sięgałem, ale łatwo to z dużym prawdopodobieństwem odtworzyć. Po plik fiszek
    z numerami kontroli jakości, dołączanych do pudełek herbat owocowych? Pierwsze
    z brzegu i wystarczająco wiarygodne, ale po co o tym wspominać? Jakie mają
    znaczenie powody niezamierzonych zdarzeń?

    Ojciec alfa
    spadł najniżej, konsekwentnie solidny. Z jego wielkich stóp na pewno śmiałyby
    się dzieci, gdyby nie były zajęte własnymi upadkami. Stopy oderwane od ziemi są
    śmieszne, przewrócony ojciec wygląda ciekawie. Gest rąk instruujący „tak to, a
    tak”, w domyśle „powinieneś to zrobić”, skierowany wprost do ziemi, u
    zdetronizowanego ojca miał już tylko posmak mistyki, dyskusji z ciekami wodnymi
    i urojonymi siłami sprawczymi. Beta o szczupłych pośladkach w
    różowo-pomarańczowym kombinezonie, ciekawszy w detalu, z rękoma rozłożonymi
    bardziej jak figura jogi, zaledwie przewrócony na plecy śmiał się grubymi
    wargami nauczyciela rzeźby. Synowie – ten jota w jotę beta o geście pomiędzy
    jogą a instrukcją, rzeczywiście upadł uśmiechnięty; ten drugi, czwarty, jak
    kaczka w rodzinie łabędzi, usta ma zawsze ledwo zarysowane i wówczas też miał,
    okrągłą twarz i na jej wzór guziki, ręce w kieszeniach i złączone nogi. Tylko jego
    cień przypominał kobietę.

    Niczemu
    niewinne ziemskie przyciąganie, mechaniczna powolność absolutnym prawom i dramat
    - kłopotliwy wymiar zmian.

    Grad mnie wyłoił, słońce wygrzało. Niosłem przedmieściem nasienie
    w kopercie z bąbelkami, uśmiechając się na ulicy mówiłem po cichu „dobre geny,
    dobre geny”, a ludzie odpowiadali „dobry den, dobry den”. Myli w kałużach kółka
    od wózków z zakupami. Nic nie rozumieją. Widziałem interesującą szóstkę na
    szyldzie, pod napisem „CZARNA ZIEMIA”. I okno do katalogu zabitych okien. Cyfrę
    odpowiednią do zbioru wcieleń. Coś musi przynajmniej część cyfr i liczb
    reprezentować, uziemiać idee. Później uzgodniłem ze sprzedawcą owoców i warzyw,
    że małosolne zostawimy jeszcze bogatym, niech jedzą w bolidach i niech im
    chemia lekką będzie. Na progu sklepu z tanią odzieżą stało otyłe dziecko w
    różowym kombinezonie. Powiedziałem mu: wyzwól się.

    Człowiek wypalił połowę papierosa, a drugą wyrzucił podbiegając do
    autobusu. Z żalem, bez żalu? Nie wiem. Dymiący rulonik turlał się szybko,
    popychany wiatrem. Wyglądał komicznie i dramatycznie zarazem, kiedy podrygiwał
    na nierównej betonowej powierzchni zatoczki przystanku. Naprawdę przez chwilę mu
    współczułem, przypominał porzuconego psa goniącego z zapałem samochód swojego
    zdrajcy, jeszcze wciąż w momencie niepewności (ale już na jego skraju), czy to
    nie przypadkiem jakaś nowa zabawa.

    Wszędzie na świecie rzeczy się poruszają – od wiatru, posłuszne
    prawu ciążenia, popychane przez inne przedmioty, trącane przez zwierzęta. Zestawienie
    z człowiekiem dodaje im dodatkowy wymiar i nie wiem, czy je wzbogaca, czy
    ogałaca ze statusu niewinnej materii. Człowiek nadaje im dzieje, dosłownie dzieje je, umieszcza je w czasie i
    logice. Interpretuje i nad-interpretuje je, z premedytacją i twórczo je myli,
    przechowuje je zdeformowane w świadomości, jako ślady, powidoki, znaki. Z wielu
    lepi jeden, a jeden mnoży w wariacjach. Już nie są tym, czym mogłyby być
    niedostrzeżone, wolne od refleksji, równoprawne, samowystarczalne. Tracą
    prostotę mechanicznego, prostego bytu. Nie tylko są, ale są pomyślane. Niedopałek
    staje się psem i ożywia w nas empatię, równa powierzchnia śniegu
    przedziurawiona wyplutą gumą do żucia staje się dziurawym serem, pasek od
    torebki przewieszonej przez ramię odzianej w sztuczne futro kobiety jest wężem
    sunącym w trawie.

    Człowiek jest także twórcą nowych rzeczy, ale to ma mniejsze
    znaczenie. Zamysł, projekt, funkcja, to tylko odrębna klasa czynników
    kształtujących formę, tak jak czynnikiem jest skład chemiczny. Świadomość
    kształtuje dzieła sztuki, urządzenia, arcydzieła ergonomii, bezmyślne procesy
    kształtują materię we wszystkich skalach. To one tworzą również świadomość,
    która jest tylko medium, wyrafinowanym ruchem kalejdoskopu.

    Moje
    gazy jelitowe śmierdziały dziś jak kloszard, ta rodzina zapachów, inaczej niż
    zwykle. Ciekawe, że smakuję i trawię tak szlachetne ingrediencje, tyle
    wyszukanego jest na wejściu, a na koniec jest tak pospolicie. Nie wiem czy
    dobrze mówię, że pospolicie, w końcu woń kloszarda jest jednak elitarna.
    Powinienem powiedzieć: tak naturalnie. W przeciwieństwie do: tak kulturalnie na
    wejściu. Czekolada aromatyzowana liściem tytoniu, całe 70 proc. kakao
    dojrzewającego z tytoniem odmiany Kentucky pod pachą, a do tego posmak goryczy
    spotkania z poglądami Se
    ñora C na temat groteskowych
    mechanizmów ewolucji, niezdolnych rzekomo do stworzenia wysublimowanej (w
    człowieku) złożoności. Oczywiście w ogóle nie chodzi mi o rozczarowanie wobec
    Se
    ñora
    C jako takiego, ducha z „Zapisków ze złego roku”, tylko o zgrozę, że to pogląd alter
    ego Coetzee’go. Czyżbym zamierzał znów analizować czyje poglądy w jego
    książkach są rzeczywiście jego, a może w której matrioszce Coetzee jest
    rzeczywisty? Wszyscy to robią, więc może jednak nie ominęła mnie radość przynależenia do tłumu i zadomowienia się w nim?
    Radość? Już sam posmak ewentualności, że Coetzee może być ślepy na elegancję
    teorii ewolucji jest gorzki. Na szczęście wciąż tyle tylko, żeby być smaczny, ale
    raczej w większym zestawie, np. z razowym pietruszkowym spaghetti z zielonym pesto
    i lekko podsmażonym marynowanym tofu, z drapaniem w gardle od kieliszka gęstego
    porto (20 proc.)…

    Señor C
    też jadł tofu, ale jako tarteletkę (nie, nie próbowalem), do tego dynia, a nie
    przepiórka (powtarzam: nie przepiórka), bo tę jedli makler z filipińską
    maszynistką, ba! – muzą. Jako dystyngowany starszy dżentelmen z pewnością nie
    mógłby publicznie zwierzać się z własnych woni, choć bez wątpienia je miewał i
    rozpoznawał. Wsiąkały w marynarkę z tweedu, która okropnie cuchnęła, trochę jakby zleżałymi skórkami cytrynowymi.

    tubista

    1 komentarz

    Co
    za niesmaczna nieporadność tubisty w partiach solo na „The Believer” Coltrane’a
    z 1958 roku. Nie mogę znieść nieporadności w otoczeniu Trane’a i jedyne, co
    ratuje sytuację, to że to niezgrabne i drętwe buczenie przeszkadza tylko na
    dwóch bonusowych kawałkach zagranych w innym, zdecydowanie drugo-garniturowym
    składzie. Sprawdziłem, tubista miał 18 lat, kiedy sadził swoje przewidywalne i
    wymęczone pasaże, zmagając się w nierównej walce z fizycznością instrumentu. Heroina?
    Wciągał zamiast dmuchał? Podśmiewali się z niego, sikając do pisuarów w
    przerwie nagrania? A może Trane zrobił grzeczność, że zagrał z tymi właśnie
    kolegami i nikt poza nim nic nie słyszał?

    Nie
    słyszałem u Coltrane’a, żeby w grze brały udział na pierwszym planie płuca,
    żeby one cokolwiek dyktowały. Nie było nadwyrężania materii, do końca, nawet wtedy,
    kiedy mistrz zerwał się z uwięzi. Nie było hutniczego dmuchania, od którego
    wychodzą gały, jak u Sandersa z tamtych lat. I słuchając nie czuje się opornej mechaniki
    instrumentu, rury, ciśnień, walki. Wszystko dzieje się w dziedzinie muzyki,
    dźwięku. To jest walka z muzyką, o muzykę, nie z narzędziem, a za pomocą narzędzia złożonego z
    człowieka i instrumentu. W ich splocie, które przewyższają prostą sumę
    składników. O niemal niematerialne tak zwane niebo.

    Tubista
    podobno później się wyrobił, a zabił go młody złodziej, zapewnie nie wirtuoz.
    Być może okaleczył nie tylko tubistę, a i szlachetną sztukę zabijania, stając
    się obiektem szyderstw nad innym rzędem pisuarów.

    Na parkingu przy bibliotece w La Fenica przepisywałem, siedząc w starym żółtym
    Citroenie, haiku Grochowiaka. Wybrałem kilka z niewielu. Bardzo głośno śpiewały
    ptaki i to takie, których się na co dzień nie spotyka w tych okolicach. Nie
    wiem jakie ptaki śpiewały, ale nie pospolite, nie te, których się nie słyszy,
    bo są często słyszalne. Śpiewały podejrzanie regularnie. Przepisywałem linijki haiku,
    żeby do nich wrócić później, zuchwale. Z nie do końca uzasadnioną pewnością
    później.

    W końcu zacząłem szukać wzrokiem tych zbyt regularnych ptaków,
    zmysłem pomocniczym. Zadarłem głowę, żeby nie mieć tych oczu kobiety na
    klęczkach, z dolnymi białymi półkulami, żeby nie witać ich ulegle, nawet, jeśli
    uległość jest rozkoszna i naturalna. Chciałem je po prostu zobaczyć zwykłym
    patrzeniem, które stwierdza obecność lub nieobecność. Nie było ich, prawdopodobnie
    nigdy ich tam nie było. Głosy pochodziły z urządzenia na dachu, miały
    odstraszać jakąś niezwykle ważną antenę, której nie wolno dziobać i kalać
    odchodami. Ptasie radio. Nie czułem się rozczarowany, bo też wcześniej nie czułem
    się bardzo podekscytowany, raczej lekko zaciekawiony.

    Dokończyłem bez większego pośpiechu przepisywanie haiku Grochowiaka.
    Właściwie bazgranie. Wiem dokładnie, bo zawsze mimowolnie oceniam sposób, w
    jaki piszę, stawiam i przewracam litery w danej chwili. Kończyłem, podobnie jak
    zaczynałem, w ciągłym strachu, że upapram sobie palce niebieskim tuszem, bo go
    było pełno w skuwce. Palce miałem już upaprane na czarno trzewiami Citroena. Pomyślałem
    nawet, że jak będę oddawał książkę do biblioteki, mógłbym udawać kogoś, kto
    ciężko pracuje w warsztacie, fabryce, w przemyśle ciężkim. Człowieka takiej
    pracy mógłbym odstawić. Na potrzeby widza bibliotecznego. I mógłbym być wzięty
    za, ale to gdybym się upaprał i tuszem, pisarza amatora, pracującego w
    warsztacie lub fabryce. Czyli podwójnie pracującego w przemyśle ciężkim,
    jedynym godnym pochwały. Wytarłem skuwkę chusteczką higieniczną, wciskając ją
    jak najgłębiej i kręcąc. Jak wiadomo, stworzyło się coś, co już się wiele razy
    stwarzało przy różnych okazjach, taki kolorowy knot. To się tworzy, tylko że
    ciemno czerwone, kiedy wciśnie się tampon z chusteczki do nosa, w danej chwili kiedy
    krew leci, a nie powinna. Takie sytuacje się zdarzały.

    Łatwo się mówi: w danej chwili, ale z wszelką teleologią to już
    dawno w separacji jestem, podobnie jak z wiarą, że coś można wyżebrać i zyskać.
    Nikt tu nic w żadnym celu nie daje i nikt nie bierze, a okupuje. Raz po
    drakońskich cenach, a raz prawie gratisem, to inna sprawa. Za Haiku też
    zapłaciłem, bliżej nieokreśloną przemianą szarej materii, przemysłem ciężkim,
    kiedy musiałem czytać poprzez coś przezroczystego, co mnie skutecznie
    oddzielało i z rzadka dopuszczało.

    Kiedy stamtąd odjeżdżałem, głośno komentowałem do siebie w
    trzeciej osobie liczby pojedynczej rodzaju męskiego: on wyjeżdża, on wykręca,
    prowadzi. Ma prawo jazdy od 20 lat. Włącza się do ruchu z drogi
    podporządkowanej. Mówiłem chyba dlatego, że to było trochę niewiarygodne. Albo
    dlatego, że kiedy mówiłem, stawało się niewiarygodne to, co robię. To dziwne,
    bo wiary godne jest to, czego nie ma. Później przestałem mówić w odruchu bhp,
    żeby się podporządkować jeździe jako takiej. Zakaz rozmów z kierowcą w trakcie
    jazdy. Jechałem wzdłuż torów, jak zwykle z satysfakcją dając się swobodnie
    wyprzedzać, kwitując podziękowania. Słuchałem człowieczego radia, o bombach w
    Bombaju, o tłoku w kostnicach.

    La
    Fenica. Miejsce
    , gdzie sporo się udaje. Groźne
    ptaki, robotników. Te oczy kobiet z białkami na dole też były tylko zrzutem
    ekranu w recenzji jakiejś gry komputerowej, gdzie kobietami się zdalnie steruje. Były
    tak samo prawdziwe, skutecznie i niebezpieczne, jak pętle głosów wirtualnych
    drapieżników.


    • RSS

    Polecamy

    Nie masz jeszcze bloga? Załóż bloga

    Polecamy